Na LinkedInie od miesięcy trwało odliczanie, większe niż przed premierą nowego iPhone'a, a nie ISO nowe wydanie normy ISO 9001. Konsultanci publikowali grafiki z napisem "Czy Twoja firma jest gotowa?", webinary z tytułami w stylu "10 rzeczy, które musisz wiedzieć, zanim będzie za późno", a niektórzy zdążyli sprzedać pierwsze "kompleksowe audyty gotowości do ISO 9001:2026", zanim norma w ogóle się ukazała. W tym tygodniu się ukazała. Szampana nikt jeszcze nie otworzył, ale znam ludzi, którzy mają go już schłodzonego w lodówce od dawna. Tymczasem na hali produkcyjnej nikt o tym nie wie i nikogo to nie obchodzi, bo na hali liczy się to, czy maszyna nr 3 dojedzie do końca zmiany, a nie który akapit klauzuli 5.1.1 dostał nowy przecinek.
To jest dokładnie ten sam podział, który widzę od lat przy każdej rewizji normy. Jedna grupa ludzi żyje z tego, że coś się zmienia, więc każda zmiana, nawet kosmetyczna, jest dla nich świętem. Druga grupa ludzi żyje z tego, że produkt wyjeżdża z fabryki, więc zmiana numerka po dwukropku w nazwie normy nic dla nich nie znaczy, dopóki ktoś nie każe im przepisać dokumentacji. Piszę to jako ktoś, kto sam robi audyty i technicznie strzela sobie tym tekstem prosto w kolano, ale ktoś w końcu musiał to powiedzieć głośno zamiast tylko po cichu na kawie z innymi audytorami.
Co naprawdę się zmienia, skoro już o tym mowa
ISO 9001:2026 ukazała się w tym tygodniu, z trzyletnim okresem przejściowym, więc certyfikaty według starego wydania będą ważne mniej więcej do 2029 roku. Same organy normalizacyjne mówią wprost, że to ewolucja, nie rewolucja, a zakres zmian jest umiarkowany, mniejszy niż przy skoku na wydanie z 2015 roku. Innymi słowy: twórcy normy sami przyznają, że nie ma się czym ekscytować bardziej niż zwykle, co nie przeszkadza części rynku sprzedawać tego jako trzęsienie ziemi.
Konkretnie zmienia się kilka rzeczy. Po pierwsze, kwestie zmian klimatu trafiają formalnie do klauzuli 4.1, dotyczącej kontekstu organizacji, po tym jak funkcjonowały już od 2024 roku jako poprawka. Po drugie, norma zostaje dostosowana do Zharmonizowanej Struktury, czyli tej samej architektury, którą mają już inne normy systemowe, co ułatwia integrację systemów zarządzania, ale samo w sobie jest zmianą czysto redakcyjną. Po trzecie, klauzula 5.1.1 wprost wymaga teraz od najwyższego kierownictwa promowania kultury jakości i postępowania etycznego. Po czwarte, jaśniej rozdzielono analizę ryzyk od analizy szans, zamiast trzymać je w jednym worku. Po piąte, po raz pierwszy w historii normy pojawia się piętnastostronicowy przewodnik wdrożeniowy, tłumaczący strukturę i terminologię, co akurat jest zmianą, którą chwalę bez ironii, bo dotąd trzeba było się tego uczyć metodą prób i błędów albo od konsultanta.
Widziałem już ten mały cyrk przy poprzedniej dużej rewizji, w 2015 roku, kiedy norma przechodziła na Zharmonizowaną Strukturę i wprowadzała myślenie oparte na ryzyku. Wtedy też był boom na szkolenia, wtedy też firmy doradcze straszyły utratą certyfikatu, jeśli ktoś nie zdąży na czas. Skończyło się tak, że firmy, które miały solidne systemy, zaktualizowały dokumentację przy okazji zwykłego przeglądu zarządzania, a te, które udawały system od lat, dalej udawały, tylko z nową numeracją rozdziałów. Rewizja normy nigdy jeszcze nikogo nie zmieniła z udawacza w praktyka, a i tym razem raczej się to nie wydarzy.
Dlaczego to nie zmieni niczego na hali?
Weźmy klauzulę o kulturze jakości i etyce. Brzmi ambitnie, nie ma lipy. Tylko że firma, w której zarząd faktycznie żyje kulturą jakości, robiła to już przed 2026 rokiem, bez potrzeby, żeby jakiś numerowany akapit jej to nakazał. A firma, w której zarząd traktuje jakość jako coś, co się odhacza raz do roku przed audytem, będzie po prostu miała jedną dodatkową stronę w księdze jakości z ładnie brzmiącym oświadczeniem o promowaniu etyki, podpisaną przez tego samego prezesa, który to samo zdanie o uczciwości pewnie wygłosił w niedzielę na mszy, a w poniedziałek kazał wysłać wadliwą partię, bo klient czekał. Papier zniesie wszystko. Klauzula normy nie ma mocy sprawczej nad rzeczywistością organizacji, ma tylko moc sprawczą nad tym, co jest napisane w dokumencie, czyli mniej więcej tyle, co horoskop nad Twoim wtorkiem.
To samo dotyczy rozdzielenia ryzyk i szans. Firmy, które robiły to porządnie, po prostu przełożą tę samą analizę do dwóch osobnych tabel zamiast jednej. Firmy, które robiły to na pokaz, przełożą tę samą fikcyjną tabelę do dwóch osobnych fikcyjnych tabel. Nikt na produkcji nie poczuje różnicy, bo różnica istnieje wyłącznie w układzie dokumentu, nie w tym, czy ryzyko faktycznie ktoś analizuje.
Nawet zmiany terminologiczne, doprecyzowanie pojedynczych słów w wymaganiach, są dokładnie tym, na czym żyje cała branża konsultingowa przy każdej rewizji normy. Jedno słowo zamienione na bliski synonim staje się pretekstem do szkolenia, webinaru i pakietu doradczego, mimo że w praktyce nie zmienia absolutnie nic w tym, co robi operator przy maszynie.
Policzmy to, bo ktoś zapłaci realne pieniądze za powietrze
Znam już firmy, które szykują budżet na "kompleksowy projekt transformacji do ISO 9001:2026", wyceniony przez zewnętrzną firmę doradczą na kilkanaście tysięcy złotych, z audytem luk, warsztatami dla kadry kierowniczej i aktualizacją całej dokumentacji od zera. Realny zakres pracy dla firmy, która miała porządny system już wcześniej, to zwykle jeden dzień pracy pełnomocnika ds. jakości: dopisanie akapitu o zmianach klimatu do analizy kontekstu, rozdzielenie istniejącej tabeli ryzyk i szans na dwie, aktualizacja numeru wydania normy w nagłówkach dokumentów i przeczytanie nowego przewodnika wdrożeniowego, żeby się upewnić, że nic nie zostało pominięte. To różnica między kilkunastoma tysiącami złotych a jednym dniem etatu, czyli, licząc uczciwie, może pięciuset złotych kosztu pracy. Cała reszta tej kwoty to opłata za strach, nie za realną pracę, czyli mniej więcej to samo uczucie, co płacenie za ubezpieczenie od zderzenia z meteorytem.
Wyobrażam sobie też firmę, która zrobi to samo bez żadnej faktury od doradcy. Pełnomocnik ds. jakości, osoba zatrudniona na etacie, spędzi jeden dzień na przeczytanie projektu zmian, przełożenie tabeli ryzyk i szans na dwie kolumny zamiast jednej i dopisanie trzech zdań o zmianach klimatu do analizy kontekstu, które i tak od dwóch lat robili nieformalnie, bo klient z branży motoryzacyjnej już o to pytał. Następnego dnia system będzie gotowy na rewizję. Różnica między tą firmą a tą z faktury na kilkanaście tysięcy złotych nie leżała w budżecie na konsulting, tylko w tym, że jedna traktowała system zarządzania jakością jako coś, czym się faktycznie zarządza, a druga jako coś, co się raz do roku odkurza przed audytem i panicznie updata, gdy ktoś zmieni numer po dwukropku.
Trzyletni okres przejściowy istnieje właśnie po to, żeby nikt nie musiał tego robić w panice w jeden weekend. Firmy, które i tak mają porządny system zarządzania jakością, spokojnie zdążą przy okazji najbliższego planowanego przeglądu dokumentacji. Firmy, które nie mają porządnego systemu, i tak nie naprawi tego nowe wydanie normy, tylko konkretna decyzja, żeby zacząć traktować jakość poważnie, którą można podjąć w każdym roku, z dowolnym numerem normy w nagłówku albo bez niego.
Co z tym zrobić, zanim ktoś sprzeda Wam panikę
Zanim podpiszecie fakturę za "transformację" do nowego wydania, warto zadać trzy pytania:
Norma się zmienia raz na kilka lat. Kultura jakości w firmie zmienia się każdego dnia, na hali, decyzjami, które nikt nie numeruje klauzulami. Jeśli te dwie rzeczy się rozjeżdżają, to nie dlatego, że norma była za stara.
#produkcjaBEZwymówek
kontakt@szefprodukcji.pl
+48 661 098 407