Logo
arrow left
arrow right

Audyt energetyczny, który leży w szufladzie i nikt go nie wdraża

20 sierpnia 2026
man in white dress shirt sitting by the table

Chcesz poznać najbardziej przewidywalny moment w mojej pracy? Audit zerowy? Nieee. Przegląd zarządzania? Nie, nie. To jest ten moment, kiedy pytam klienta, u którego mam wdrożyć ISO 50001: „A audyt energetyczny robiliście?" Widzę w jego oczach ten specyficzny błysk winy, jaki mają ludzie przyłapani na kłamstwie, którego nawet nie pamiętają, że skłamali.

„Tak, tak, mamy. Gdzieś jest."

Gdzieś jest niczym zaginiony skarb. Jak Atlantyda, tylko zamiast złota są tabele
z oszczędnościami rzędu kilkuset tysięcy złotych rocznie.

W teatrze

Scenariusz często jest ten sam i mógłbym go wystawiać jako sztukę teatralną na jakiejś konfenrecji.

Akt pierwszy.

Firma przekracza próg zużycia energii, więc zgodnie z ustawą trzeba zgłosić się do URE. Ktoś w dziale technicznym dostaje zadanie: znajdź firmę, niech zrobi audyt, żeby było z głowy. Firma zewnętrzna przyjeżdża, chodzi po hali z miernikiem, robi zdjęcia sprężarkowni, po czym znika na trzy miesiące.

Akt drugi.

Przychodzi raport. Sto dwadzieścia stron. Wykresy, tabele, analizy, okresy zwrotu inwestycji policzone z dokładnością do miesiąca. Ktoś go otwiera, przewija do streszczenia zarządczego, kiwa głową z uznaniem, po czym zapisuje plik w folderze o nazwie „Audyty 2023" i nigdy więcej do niego nie wraca.

Akt trzeci, czyli mój ulubiony.

Przychodzę ja, dwa albo trzy lata później, żeby wdrożyć ISO 50001, i pytam o dane wejściowe do przeglądu energetycznego. I okazuje się, że nikt nie pamięta co, gdzie i jak, autor audytu już nie pracuje w tamtej firmie, a jedna z rekomendacji brzmiała „wymienić sprężarkę na energooszczędną", co ktoś zinterpretował jako „kupić nową sprężarkę, jak stara się rozleci". Rozleciała się rok temu. Kupili taką samą.

Kurtyna.

Leo, why? Bo kazali.

Najgorsze jest to, że mógłbym to wszystko sobie zmyślić dla żeby było dramatycznie, ale nie muszę, bo dane są równie ponure jak moje poczucie humoru na ten temat.

Weźmy raport ACEEE "After the Audit" z 2019 roku, czyli najbardziej dogłębną jak dotąd analizę tego, co się dzieje z audytami energetycznymi po ich dostarczeniu klientowi. Autorzy przywołują tam między innymi badanie, w którym co prawda 71% audytorów oceniło, że klienci „często" albo „zawsze" wdrażają przynajmniej jedną rekomendację, ale już tylko 1% klientów wdrożyło wszystkie rekomendacje z raportu. Jeden procent. Czyli praktycznie nikt.

A jeśli lubisz liczby jeszcze bardziej przygnębiające to w innym z cytowanych programów 85% klientów faktycznie coś wdrożyło, ale licząc rekomendacja po rekomendacji, ogółem zrealizowano zaledwie 30% wszystkich zapisanych w audycie działań. Czyli nawet ci, którzy „coś zrobili", zwykle wybierali sobie jedną, najtańszą pozycję z listy i uznawali sprawę za załatwioną.

Czyli statystycznie rzecz biorąc, audyt energetyczny ma większe szanse zostać ozdobą segregatora niż realnym działaniem operacyjnym. Gdybyście mieli grypę to tak jakbyście zakońćzyli leczenie po jednej tabletce.

Dlaczego tak się dzieje?

Nie chodzi o to, że audytorzy są głupi albo raporty są złe. Chodzi o to, że audyt energetyczny traktowany jest jako obowiązek formalny, a nie jako narzędzie zarządcze. A obowiązki formalne w polskich firmach produkcyjnych mają jeden wspólny mianownik: robi się je raz, żeby urząd odczepił się na kilka lat, a potem wraca się do prawdziwej roboty.

Do tego dochodzi klasyka gatunku:

  • Raport mówi językiem inżyniera energetyka, czyli kilowatogodziny, współczynniki, wykresy Sankeya. Zarząd mówi językiem piniendzy i okresu zwrotu. Te dwa języki się nie spotykają, więc nikt nikomu nic nie sprzedaje.
  • Rekomendacje kończą się na słowie „wdrożyć", a nie zaczynają się od „kto, kiedy, za ile i kto rozliczy efekt". Audyt bez właściciela działania to lista życzeń na prezenty do Pierwszej Komunii Św.
  • Nikt nie mierzy efektu. Skoro nikt nie sprawdza, czy wymiana oświetlenia faktycznie obniżyła rachunek, to skąd niby ma się wziąć presja, żeby wdrożyć kolejną rekomendację?

I tu cały na biało wchodzę ja tzn. ja z ISO 50001

Cała ironia polega na tym, że norma ISO 50001 istnieje właśnie po to, żeby rozwiązać dokładnie ten problem. Ona nie każe robić nowego audytu. Ona każe zamienić audyt z jednorazowego zdjęcia w cykl zarządczy: przegląd energetyczny, cele, wskaźniki, właściciele działań, przegląd zarządzania, powtórka. Innymi słowy zmusza organizację, żeby przestała traktować efektywność energetyczną jak zadanie domowe odrabiane raz na cztery lata w nocy przed sprawdzianem
z URE.

Problem w tym, że firmy kupują normę tak samo, jak kupiły audyt, czyli jako pieczątkę do wystawienia w gablocie, a nie jako sposób myślenia. I koło się zamyka.

Jeśli masz w szufladzie audyt energetyczny to nie czytaj dalej, tylko go otwórz

Zanim zapłacisz komuś za kolejny raport, sprawdź, czy w Twojej firmie leży już jeden, kompletny, z policzonym zwrotem z inwestycji, którego nikt nawet nie próbował wdrożyć. Bo statystycznie – leży.

A jeśli chcesz porozmawiać o tym, jak zamienić audyt z martwego dokumentu w system, który faktycznie obniża rachunki, a nie tylko uspokaja sumienie przed kontrolą – to akurat o tym będę mówił na Forum Efektywnego Zarządzania Energią TÜV NORD w Ustroniu, 22–23 października. Połączę to z Teorią Ograniczeń, która pokaże, gdzie naprawdę warto uderzyć.

#produkcjaBEZwymówek

kontakt@szefprodukcji.pl

+48 661 098 407